Po kilkutygodniowej przerwie od leśnej włóczęgi, spowodowanej nieobecnością w kraju, nadarzyła się wreszcie okazja do dłuższej wycieczki „po swoim”. Zdążyłem się stęsknić za swojskim, polskim lasem. Padło na las Dąbrowa w leśnictwie o tej samej nazwie, należącym do Nadleśnictwa Gościeradów, na obszarze tejże gminy, oddalony zaledwie o pięć kilometrów od mojego rodzinnego Annopola. To znany mi kompleks leśny, wędrowałem nim wielokrotnie ale nadal nie na tyle, aby mieć w nim dobre rozeznanie. Choć w ostatnim dziesięcioleciu mocno pocięty przez utwardzane, przemysłowe, przeciwpożarowe drogi, nadal pozostaje dla mnie sporą zagadką. Ciągle nie wiem, gdzie tu siedzi zwierz. A to, że tu jest, jest więcej niż pewne. Najlepszym na to dowodem jest utrzymująca się od wielu lat obecność wilków.
Słoneczna, bezchmurna pogoda zachęcała do wędrówki. Rozpocząłem ją od krajowej 74-ki kierując swoje kroki w stronę czarnej linii boru. Droga między polami prowadziła do jakiegoś niewielkiego gospodarstwa położonego pod samym lasem. Mróz mocno szczypał w policzki, chwilę wcześniej termometr w aucie pokazywał -8 stopni, a kiedy na otwartej rolniczej przestrzeni doszły do tego podmuchy wiatru, odczuwalna temperatura była z pewnością dużo niższa. Zimno zdradziecko wkradało się za kołnierz. Zasunąłem wysoko pod szyję suwak wełnianej bluzy oraz puchowej kurtki Made in Norway i pomaszerowałem po lodzie przed siebie. Na polach po obu stronach drogi widniały setki zwierzęcych tropów. Wychodzą tu nocami z lasu w poszukiwaniu pożywienia. Mówiła też o tym szpecąca nieco krajobraz myśliwska ambona.
Zatrzymałem się przed ścianą lasu i zadarłem do góry głowę w zachwycie nad wiekowymi dębami, które rosły wzdłuż gościńca wiodącego wzdłuż niej od leśniczówki Koła Łowieckiego Zaborze aż do Gościeradowa. Zobaczyłem gospodarstwo, do którego doprowadziło mnie pierwsze pół kilometra. Niewielki, pomalowany na brązowo drewniany domek z białymi okiennicami. Chyba zamieszkały, bo dojazd był odśnieżony. Pies zaczął szczekać dopiero kiedy znalazłem się w bliskiej odległości.
Przede mną rysowały się zabudowania kolejnej, przylegającej do lasu posesji, ale zobaczyłem dukt biegnący w głąb boru, postanowiłem więc od razu się tam zapuścić. Pierwsze kroki po głębokim, stwardniałym z wierzchu śniegu zdawały się mówić: to nie będzie lekki spacer. Ciało od razu poczuło ciężar plecaka i własnych nóg. Dopiero po chwili, kiedy uwolniona z kawy kofeina rozeszła się po krwioobiegu, przestałem odczuwać dyskomfort marszu i mogłem wsłuchiwać się w przyjemny chrzęst zmrożonej śnieżnej powały pękającej pod każdym stąpnięciem.
Kilkaset metrów od brzegu lasu zobaczyłem paśnik. Był pusty, ale na ziemi wyłożono coś, na czym żerowała gromadka ptaków. Sójka odleciała z krzykiem oznajmiając innym moje nadejście, ale wróblowate po chwili powróciły na łatwy żer. Zalegający w tym miejscu cień utrudniał ocenę ale były to najprawdopodobniej trznadle – piękne, żółto – zielonkawe leśne śpiewaki należące do rzędu wróblowych. Schowałem się częściowo za drzewem, wyjąłem kamerę, zmieniłem teleobiektyw w lustrzance i poświęciłem im kilka minut fotografując je i filmując. Nie wyglądały jednak zbyt fotogenicznie skacząc po buroczarnej, zmrożonej kiszonce. Co ciekawe, w przeciwieństwie np. do sikor, żerowały w całkowitej ciszy.
Trznadel żółtobrzuch (Emberiza citrinella) jest małym, częściowo wędrownym ptakiem zamieszkującym lasy, pola i łąki. Na ogół osiadły, zimuje w stadach, trzymając się osad ludzkich. Wiosną i w lecie oprócz nasion ich pożywienie stanowią głównie owady: dorosłe, larwy, poczwarki i jaja, pająki i inne bezkręgowce, a jesienią i zimą nasiona traw, najróżniejszych chwastów i ziarna zbóż. To właśnie ziarna rozsypane na kiszonce przyciągnęły je w to miejsce. Trznadle żerują właśnie głównie na ziemi, również w miejscach nieosłoniętych, rzadko szukają pokarmu w siedliskach gęsto zarośniętych i zacienionych. Owady zbiera też z roślin. Przed zimą łączą się w stada w których mogą też się znaleźć zięby i inne łuszczaki. Razem szukają pożywienia na polach i w okolicach siedlisk ludzkich, a gdy zalega pokrywa śnieżna, pojawiają się właśnie w okolicach paśników dla zwierząt i karmników dla ptaków. Była to dla mnie bardzo przyjemna obserwacja, bo kilkadziesiąt lat temu był to mój ulubiony gatunek ptaków. Spotykałem je niemal codziennie na obrzeżach znajdującego się w pobliżu mojego domu sosnowego zagajnika. Od kilkunastu lat praktycznie nie widuję ich u siebie, a jeśli się pojawiają, to sporadycznie. Setki tropów saren i jeleni, a nawet ich wygrzebane w śniegu legowiska mówiły o tym, że pożywiają się tutaj również kopytne.
Las był całkowicie cichy i pięknie srebrzył się śniegiem w stojącym w zenicie słońcu. Dąbrowa jest z definicji lasem jasnym i tak właśnie tutaj jest, tym bardziej o tej porze roku, kiedy z drzew opadły wszystkie liście. W borach iglastych korony sosen nie wpuszczają niżej aż tyle światła.
Maszerowałem pozaszlakowo przed siebie, idąc chwilami dla ułatwienia po głębokich, jelenich śladach. Leśną ciszę przerywały od czasu do czasu wystrzały z broni myśliwskiej, Najpierw dochodziły z sąsiedniego kompleksu znajdującego się po drugiej stronie krajówki, ale później dały się słyszeć i bliżej, na brzegach Dąbrowy, przez którą szedłem. Raz z jednej strony lasu, raz z drugiej. Raz pojedynczy strzał, innym razem seria kilku pod rząd. Czy zwierzę uszło z życiem, czy padło po którymś ze strzałów, czy może któraś z kul raniła je i krwawiąc uszło w gęstwinę? Czy myśliwy ruszy za nim z psem posokowcem, jak nakazują przepisy, czy będzie chciał zapłacić za jego wynajęcie jeśli nie ma własnego, czy może machnie ręką mówiąc do siebie: „A może się wyliże..”? Dobrze, że nie trafiłem na polowanie zbiorowe, potrzebowałbym wtedy jak najszybciej wynosić się z lasu. Strzały powtarzały się, ale w większości były pojedyncze i dochodziły z obrzeży lasu, gdzie co kilkaset metrów można napotkać myśliwską ambonę. Niejednokrotnie znajduję pod nimi puszki po piwie i butelki po mocniejszych alkoholach. Nie mam wątpliwości, że dzisiaj tych drugich przybędzie. Kiedy siedzi się przy takim mrozie jak dzisiaj na stołeczku w ambonie lub desce na zwyżce, zimno zaczyna dokuczać już po pół godziny i każdy szuka jakiego sposobu na rozgrzewkę. Ci, którzy przedawkują, strzelają później do chronionych zwierząt lub mylą człowieka z dzikiem. Dlatego nie będę wychodził dziś z lasu na te pola, z których dobiegają odgłosy wystrzałów zwiastujących niechybnie czyjąś śmierć.
Po niespełna półtorej godziny wędrówki wyszedłem na drogę przeciwpożarową. Oba jej brzegi zastawione były poukładanymi belami ściętych drzew przeznaczonych do wywózki. Dąbrowa jest lasem o charakterze przyrodniczym ale gospodarka leśna rządzi się swoimi prawami. Wzdłuż śródleśnego traktu leżały tony opisanych i oznakowanych buków i sosen.
Trakt prowadził do samego Gościeradowa, był odśnieżony, biegł idealnie prosto i nie było widać jego końca. Postanowiłem pójść około kilometra tym oblodzonym szlakiem. Lód pękał pod nogami z dźwiękiem tłuczonego szkła. Nad drogą ukazały się nagle srebrnoszare skrzydła jastrzębia. Gwizdnąłem na niego, żeby zawrócił i zapozował do zdjęcia ale odleciał ponad dachem boru znikając po kilku sekundach. Skręciłem w lewo, w stronę Księżomierzy, wchodząc ponownie na pokrytą śniegiem przesiekę. Byłem w gospodarczej części lasu, gdzie fragmenty starodrzewu przeplatały się z młodnikami.
W pewnej chwili na szczycie drogi którą szedłem zobaczyłem stojące łanie, a raczej ich górne połowy. Stałem w dołku i nie mogłem zobaczyć zwierząt w całości. Jelenie stały w odległości ok. pięćdziesiąt metrów ode mnie i patrzyły w moim kierunku. Przyłożyłem do oka wizjer aparatu i nacisnąłem spust. Niestety, przypięte było krótsze szkło o maksymalnej ogniskowej jedynie 70mm.
Zobaczyłem, że łanie ruszają; musiały usłyszeć odgłos klapiącego lustra aparatu. Przebiegła jedna, druga, później pojawiła się trzecia a grupę uciekinierów zamykał piękny byk, co dało się poznać po jego symetrycznym porożu. Wizjer zaparował, strzelałem na chybił trafił wiedząc już w tej chwili, że nie będą to dobre zdjęcia. Po chwili w pobliżu dało się słyszeć szczekanie kozła sarny. Musiał być bardzo zdenerwowany, bo pomiędzy szczeknięciami dodatkowo głośno charczał. Pomyślałem nawet, że może jest ranny, bo tak impulsywnych wrzasków rogacza nie słyszy się często.
Poszedłem w jego kierunku. Po kilku minutach zobaczyłem jak odskakuje od siatki grodzącej młodnik. Kiedy usłyszał moje kroki w pobliżu, zamilkł. Po chwili zobaczyłem na ścieżce między młodnikami jego „osoby towarzyszące”. Była to zapewne samica z młodym. Zdziwił mnie nieco rozmiar małej sarenki. Musiała urodzić się już późną jesienią. Sarnia rodzina pobiegła już w ciszy w swoją stronę a ja po dwóch godzinach włóczęgi zatrzymałem się na popas i chwilę odpoczynku.
Po sprawdzeniu czasu postanowiłem skierować swoje kroki w stronę śródleśnego stawu. Nie trafiłbym do niego bez aplikacji, w której mogłem iść po ścieżce sprzed roku, kiedy byłem przy nim poprzednio. Okazało się również, że poprowadzą mnie do niego też ślady męskich butów. O ile łatwiej się szło przez zaspy korzystając z odcisków cudzych stóp. Był to najprawdopodobniej myśliwy z annopolskiego Koła Zaborze, który przyniósł w znajdujące się przy jeziorku miejsce dokarmiania zwierząt solną lizawkę. Jest to blok soli dla zwierząt, często wzbogacony o minerały, który służy do uzupełniania niezbędnych składników odżywczych, przede wszystkim sodu, chloru, a także mikroelementów, wspierając ich zdrowie, kondycję i przemianę materii, szczególnie w okresach niedoborów pokarmowych, a zima jest właśnie takim okresem.
Zwierzęta w poszukiwaniu soli wychodzą często na drogi i niejednokrotnie trują się, nawet śmiertelnie, związkami znajdującymi się w soli przemysłowej do posypywania dróg. Zwierzęta zlizują sól z lizawek stopniowo, w zależności od własnych potrzeb. To naturalny i bezpieczny sposób na ich suplementację. Co ciekawe, lizawka była w kolorze zielonkawym, zapewne z powodu dodatków jakiegoś pierwiastka; zazwyczaj spotyka się białe bloki. Znajdujący się tuż obok nowy paśnik był pusty. W jego pobliżu dało się zauważyć resztki wysypanej wcześniej kiszonki.
Coś zamigotało między drzewami w oddali. Pomyślałem z nadzieją, że może to łosie, które spotkałem dwa lata temu w tej lokalizacji. Były to jednak trawersujące zbocze niewielkiego wzgórza sarny. Niewykluczone, że obserwowałem tę samą rodzinkę, którą spłoszyłem wcześniej.
Powierzchnia leśnego stawu pokryta była śniegiem. To niewielkie, liczące mniej niż sto metrów obwodu jeziorko jest jedynym oczkiem wodnym w tym lesie. Służy ono za wodopój licznym zwierzętom i ptakom. Na śniegu nie było widać żadnych tropów, więc postanowiłem nie sprawdzać, czy lód pod nim jest wystarczająco twardy. Zbiornik nie jest głęboki ale lepiej byłoby nie wpaść do niego dzisiaj nawet po kolana.
Po kilku filmach i zdjęciach obrałem azymut na zachód, na wieś o tej samej nazwie co las i leśnictwo. Dąbrowa. Wieś powstała w czasie Powstania Styczniowego w 1864 roku, po wykarczowaniu lasów (Dąbrowy) należących do dóbr rachowskich. Rachów to dawna nazwa pobliskiego miasta Annopola, które zostało lokowane w XVIII wieku na gruntach wsi o tej nazwie. Pomimo zmiany nazwy i uzyskania praw miejskich, majątek Rachów nadal funkcjonował i do wybuchu II wojny światowej przechodził z rąk do rąk kolejnych właścicieli, od magnatów, artystokratów po zamożnych Żydów. W tym samym roku 1864 Annopol utracił prawa miejskie. Mówiono, że to kara od cara za powstanie, za bunt Polaków, ale prawda była bardziej prozaiczna. Annopol jak i wiele podobnych, niewielkich miasteczek w zaborze rosyjskim stracił w tamtym czasie miejskie przywileje z powodów finansowych. Ale wieś Dąbrowa właśnie rozkwitała, jeśli można to tak nazwać. Przybywający tu z Kielecczyzny i Lubelszczyzny osadnicy otrzymywali za darmo kilkunastomorgowe działki. Przez las Dąbrowa prowadziła wówczas wiodąca do Urzędowa droga królewska – gościniec rachowski, którym i dzisiaj – pomimo że jest drogą polną – jeżdżą skrótem auta z Księżomierzy do Annopola.
Na przełomie XIX i XX wieku wieś Dąbrowę zasiedlili częściowo przybysze z Galicji – pobliskiego zaboru austriackiego. Za sprzedaną morgę ziemi tam, tutaj można było kupić cztery. Osiedliły się tutaj również rodziny niemieckich osadników przybyłych z Prus do pracy w hucie szkła w oddalonej o pół kilometra wsi o właśnie takiej nazwie – Huta. Ich potomkowie mieszkają tutaj do dziś a poznać ich można po nietutejszych, brzmiących z cudzoziemska nazwiskach: Rajzyngier, Miller, Rozenbajgier. Byli wśród nich również moi przodkowie, zwący się z niemiecka Rauch.
Jak możemy przeczytać w Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, „pod koniec lat siedemdziesiątych XIX wieku wieś liczyła pięćdziesiąt osad, ludności około dwieście dusz, ziemi ornej pięćset mórg”. Obecnie mieszkańców jest niespełna dwa razy więcej. Przy drodze biegnącej przez wieś stoją krzyże i nieczynne, stare studnie z kołowrotami. Od kilkudziesięciu lat jest tu konsekrowana przez lubelskiego biskupa prof. Bolesława Pylaka świątynia przynależąca do parafii św. Joachima i Anny w Annopolu i szkoła podstawowa z biblioteką, cierpiąca niestety w ostatnich latach na niedobór uczniów. Jest tu też remiza Ochotniczej Straży Pożarnej. Przy wjeździe od strony drogi krajowej wita przybyszów pomalowana na niebiesko zabytkowa, murowana kapliczka. Przy wjeździe od strony Gościeradowa natomiast, mieszka od dziecka lokalny samorządowiec i społecznik, ludowiec i artysta rzeźbiarz, Stefan Stachula. Przed jego domem stoi okazała figura świętej Anny, patronki Annopola, a jego pracownia mieści dziesiątki wykonywanych czasem długimi tygodniami prac o tematyce historycznej, sakralnej i ludowej.
Ale zanim wyszedłem z lasu.. idąc na oślep przez zarośla wyszedłem wprost na wielki, drewniany krzyż. Stoi on na mogile żołnierzy poległych w I Bitwie pod Kraśnikiem. Była to pierwsza wielka bitwa frontu wschodniego I wojny światowej stoczona w dniach 23–25 sierpnia 1914 pomiędzy 1 Armią austro-węgierską pod dowództwem gen. Victora Dankla a 4 Armią rosyjską gen. barona Antona von Zalcy. Choć trwała tylko trzy dni, pole boju rozciągało się od Wisły pod Annopolem aż po Janów Lubelski i Frampol, i w ciągu tak krótkiego czasu pochłonęła sto tysięcy ofiar oraz rannych.
Na cmentarzu wojennym w Dąbrowie, dziś znajdującym się w granicach wsi Gościeradów Folwark spoczywa wielu żołnierzy różnych narodów armii austro-węgierskiej poległych w mającej tu miejsce potyczce. Stary, drewniany krzyż pochłonął czas i las. Ten, na który się natknąłem jest nowszy. O porządek wokół mogiły dbają harcerze z Gościeradowa i Annopola.
„Cmentarz znajduje się w lesie, na zachodnim, piaszczystym stoku suchej doliny, 250 metrów na wschód od drogi biegnącej zachodnią krawędzią lasu, 300 metrów na północny wschód od ostatnich zabudowań wsi Dąbrowa” – czytamy w karcie cmentarza sporządzonej przez Wojewódzki Oddział Państwowej Służby Ochrony Zabytków. Dalej czytamy, że cmentarz pierwotnie był dużo większy. Urodzona w 1921 roku mieszkanka wsi. Pani Leokadia Merkun poinformowała pracownika Służby, że w 1987 roku większość mogił została sprofanowana i rozkopana przez nieznanych sprawców. W 1989 roku, kiedy to przybył na to miejsce Zbigniew Wichrowski z Muzeum Regionalnego w Kraśniku, mogiły były już odnowione i pielęgnowane przez miejscową ludność. Było ich cztery i zwieńczone były niewielkimi, brzozowymi krzyżami. W dniach od 1 do 15 lipca 1915 roku trwały na tych terenach walki czwartej armii austriackiej z oddziałami trzeciej armii rosyjskiej zwane drugą bitwą pod Kraśnikiem. Dowództwo czwartej armii austriackiej skierowało na ten teren I Brygadę Legionów, która 15 lipca przekroczyła Wisłę zbudowanym przez Austriaków mostem pontonowym i wkroczyła do odbitego już z rąk Rosjan Annopola. W czasie tych działań wojennych wieś Dąbrowa została doszczętnie spalona. Rosjanie, wycofując się, stosowali taktykę „spalonej ziemi”, w myśl której to, czego nie można było wywieźć, niszczono. Legioniści Józefa Piłsudskiego w sąsiedniej wsi Wymysłów a sam wódz – Komendant nocował w majątku Niwińskich w znajdującym się nieopodal Michalinie.
Przez wieś przetoczyły się również fronty II wojny światowej: w 1939 i 1944 roku ale większość zabudowań – w pewnej części już murowanych – przetrwała wojenną i okupacyjną zawieruchę. Na początku wsi możemy zobaczyć kamienno – ceglany budynek gospodarczy, który mógł być kiedyś domem z widniejącym na nim, wykonanym z czerwonej cegły napisem WH (od inicjałów gospodarza) i datą 1939.
Po wojnie Dąbrowę zelektryfikowano dzięki znacznym dotacjom władz PRL ale leżąca nieco na uboczu od poprowadzonej kilometr dalej drogi krajowej nr.74 miała niewielkie szanse na intensywniejszy rozwój. Dzisiaj to nadal cicha, spokojna, przylegająca do lasu ulicówka, ale obecnie, kiedy niemal każdy jeździ samochodem, są to prawie wyłącznie jej atuty.
Tak oto, po dziewięciu kilometrach mroźnego rajdu dotarłem do skraju lasu, który wyznacza granicę gmin. Idąc przez wieś obserwowałem jak opuszczone chaty i całe gospodarstwa przeplatają się z zamieszkałymi. Zajrzałem do kilku z tych pustych, stojących blisko szosy. Niektóre z nich to już wyłącznie ruiny, inne udałoby się jeszcze uratować. Z porośniętych krzewami pozostałości domu wystrzelił w górę z krzykiem kolorowy kogut bażanta.
Moją wędrówkę zakończyłem przy starym krzyżu „Arma Christi”. Dosłownie termin ten oznacza „oręż” albo „broń” Chrystusa. Tłumaczy się go także jako „Narzędzia męki”. Do drewnianego krzyża przybite są różne, metalowe artefakty: młotek, gwoździe, nożyce, a na samym dole widnieje upiorna, wykuta przez kowala trupia czaszka symbolizująca Golgotę (Miejsce Czaszki), gdzie ukrzyżowano Chrystusa. Nazywana jest również Czaszką Adama, według Biblii pierwszego człowieka. Wyobraźnia i umiejętności ludowego zapewne artysty sprawiła, że patrząc na nią bliżej do skojarzeń z „Człowiekiem w żelaznej masce” niż konkluzji natury teologicznej.
Eschalologiczne rozważania pod krzyżem wieńczące dzisiejszą włóczęgę były jednoznacznym dowodem na to, że długotrwała ekspozycja na mróz przekraczający 5 stopni na minusie oraz przedawkowanie tlenu mogą wywołać nieprzewidziane reakcje mózgu a tym samym być niebezpieczne dla naszego organizmu. Ale mimo tego warto wychodzić. Powoli można się przyzwyczaić. I do tlenu, i do mrozu, i do rozważań.










































