Image default
Historia regionu Lipa

Zima w Lipie. Jak to kiedyś bywało

Lipa. Wspomnienia, refleksje, podróże (7) 

Wiem, że dawno niczego nie zamieściłem i czuję się trochę nieswojo. Chciałbym nadrobić zaległości i napisać coś o życiu w Lipie w okresie zimowym. Może już nie ma takich zim jak kiedyś, ale właśnie zima trwa i może warto wspomnieć, jak żyło się za moich dziecięcych lat o tej porze roku. Młodsi mieszkańcy Lipy być może niewiele wiedzą o tamtych czasach, a może jednak się mylę i wypytują rodziców lub dziadków o starsze czasy. Z pewnością są osoby zainteresowane historią, bo przecież nie wszyscy żyją młodzieńczym, beztroskim życiem.


Życie na wsi zimą, zwłaszcza w starych, tradycyjnych domach, to nie była romantyczna kraina z pocztówek, ale nieustanna walka o podtrzymanie domowego ogniska. Gdy temperatura spadała poniżej zera, dom stawał się żywym organizmem, który trzeba było karmić drewnem i chronić przed „wywianiem” ciepła każdą możliwą metodą. W nieocieplonych domach, gdzie ściany z drewna lub cegły nie miały styropianu, największym wrogiem były nieszczelności. Zanim nastała era plastiku, okna były drewniane, często pojedyncze lub skrzynkowe. Należało je ogacić. Co to takiego zapytają niektórzy. Gacenie to uszczelnianie szpar wszystkim, co było pod ręką. W ruch szły pakuły, mech, stare gazety namoczone w wodzie (które po wyschnięciu twardniały jak beton) lub pasy filcu. Na parapetach kładło się często wałki z waty lub stare koce, a od zewnątrz obijano okna folią (w późniejszych latach) lub słomianymi matami. Nikt nie myślał, że przysłania światło, które potrzebne było choćby roślinom domowym. Liczyła się szczelność i ciepło, ale i tak szron pojawiał się od środkaPrzy wielkich mrozach standardem było to, że rano na wewnętrznej stronie szyb widniały lodowe kwiaty. Wyglądały pięknie, ale oznaczały jedno: w pokoju jest tak zimno, że wilgoć z oddechu zamarzła na szkle. Osobiście uwielbiałem te naturalne obrazy. Potrafiłem chodzić po wsi i szukać najpiękniejszych. Zawsze było w czym wybierać.


Zima na wsi weryfikowała gospodarność. Trzeba było myśleć o niej odpowiednio wcześniej. Jeśli ktoś nie przygotował drewna latem i jesienią, był w poważnych opałach. Niektórzy musieli rąbać drewnona mrozieRąbanie zmarzniętego drewna to katorga – polana są twarde jak kamień, a siekiera potrafi odbić się i wyrządzić rąbiącemu krzywdę. Czasem zdarzyło się, że musiałem urąbać jakiś kawałek drewna, albo przygotować rozpałkę, to wiem dokładnie co się działo. Nawet jeśli drewno było pod dachem, codziennie trzeba było przygotować „naręcze” do kuchni i pieców. Nosiło się kilka razy dziennie i nawet były dyżury w u nas w domu. Było nas czterech chłopaków, to jednak było wsparcie. Szczególnie dla mamy.


W biedniejszych gospodarstwach zima była czasem „zbierania chrustu”, lub legalnego (bądź nie) wywożenia z lasu sucharów. Ciągnięcie ciężkich sań z drewnem przez głęboki śnieg to wysiłek, po którym pot spływał po plecach nawet przy -20 stopniach. Nam się to raczej nie zdarzało, ale widziałem jak ludzie męczyli się okrutnie. U nas zawsze był luksus, czyli węgiel. Ojciec pracował na kolei i miał deputat. Najważniejsze, żeby podstawili wagony z węglem na stację i oczywiście załatwienie transportu. Nie mieliśmy konia ani ciągnika. Zawsze trzeba było kogoś zmówić na czas. Potem ciężki załadunek i rozładunek. Mieliśmy specjalną drewutnię, gdzie było suche drewno i na pryzmach leżał węgiel. Często były to wielkie bryły węgla i należało je rozbijać na drobniejsze kawałki. Było co robić. Jeśli w gospodarstwie był węgiel, racjonowano go z aptekarską precyzją, mieszając z drewnem. Drewno służyło do rozpałki, a potem zarzucało się węgiel.


Pamiętam, że mieliśmy piękną kuchnię kaflową, która nie służyła wyłącznie do przygotowywania gorących posiłków i grzania wody na herbatę, ale była sercem domu.W starym budownictwie rzadko kiedy ogrzewany był cały dom. Życie zimą przenosiło się do jednego pomieszczenia – kuchni. To było centrum wszechświata: To tu gotowało się jedzenie, piekło ciasta i suszyło przemoczone skarpetki czy buty. Widziałem u ludzi na wsi tradycyjne stare piece w kuchni z tzw. zapieckiem. Przypominam sobie jak u niektórych na tych zapieckach leżeli starsi ludzie. Mieliśmy też śliczniutkie kaflowe piece w pokojach, w których każdego dnia rozpalaliśmy ogień. Często, żeby zaoszczędzić na rozpałce przenosiliśmy żar na szufelce z kuchni do pokoju. Trzeba było uważać, bo podłogi były z drewna i można było podpalić dom. Zdarzyło się, że rozżarzone węgle komuś wypadły i narobiły szkody, ale na to raczej byliśmy przygotowaniu. Bezpieczeństwo było w tym wypadku zawsze priorytetem. Podczas gdy przy piecu było gorąco, w sieni woda w wiadrze potrafiła zamarznąć na kość. Nie było również ciepłej wody w kranie. Wodę na toaletę grzało się w wielkim garnku na kuchni. Jak wspominałem nasza rodzinka była dość liczna (w sumie 7 osób), to gorącej wody trzeba było mieć dużo.


Nasz dom zbudowany był solidnie z porządnej cegły, ale bardzo dużo domów we wsi było z drewna i gospodarze izolowali fundamenty. Aby podłoga nie była lodowata, wokół domu sypano tzw. przyłapy. Pod ściany domu sypano kopce z liści, igliwia, trocin lub obkładano je snopkami słomy, które dociskano deskami. Tworzyło to naturalną barierę termiczną, która chroniła dom przed mrozem. Bez tego „kożucha” dla domu, mróz potrafił wejść pod podłogę, a nawet rozsadzić fundamenty.

Teraz coś o spaniu, a właściwie o strategii spania. W domach były pierzyny. Wielkie, ciężkie, wypełnione gęsim puchem były kluczowe. Pamiętam też butelki z gorącą wodą wkładane pod pościel, aby rozgrzać lodowatą pościel. To były takie termofory domowej roboty, które wykorzystywało się najczęściej, kiedy ktoś się przeziębił i leżał w łóżeczku, a w pokoju po nocy nigdy nie było zbyt ciepło. Piece rozpalało się zazwyczaj po południu, żeby na noc było ciepło.


Jak zauważyliście zima na wsi nie była czasem odpoczynku, mimo że w polu nie było pracy. Był to czas nieustannej czujności – pilnowania ognia, by nie zgasł i dbania, by zwierzęta w oborze (które często ogrzewały się nawzajem własnym ciepłem) przeżyły do wiosny. U nas była jedna krówka i zazwyczaj dwa wieprzki. Po jednym na każde święta. Nie mieliśmy jakiegoś wielkiego gospodarstwa, a mały skrawek ziemi i kawałek łąki. Zwierzęta karmiło się resztkami z dodatkiem paszy. Często paszę robiło się samemu z własnego lub kupionego zboża i ziemniaków.

Wieś zimą hartowała ludzi w sposób, który dzisiaj trudno nam sobie wyobrazić. To surowe życie miało jednak drugie oblicze – dziecięce, gdzie brak komfortu nadrabiało się hartem ducha i niespożytą energią. Zabawa na mrozie nie była tylko wyborem, ale dla niektórych ucieczką od siedzenia w zadymionej kuchni. My spędzaliśmy bardzo dużo czasu na powietrzu. U nas mówiło się na dworze, ale w sąsiedniej Dąbrowie Rzeczyckiej mawiają do dziś na polu. To pozostałości przynależności do zaborów. Lipa była wsią graniczną i należała do zaboru Rosyjskiego, a Dąbrowa do Austriackiego. To już wiecie, a teraz wracam do zimy w Lipie i do atrakcji jakie fundowało dzieciom.


Pamiętacie łyżwy „na żabki”, czyli szczyt inżynierii ludowej. Mieliśmy takie w domu. Zanim pojawiły się buty zintegrowane z płozami, królowały łyżwy na żabki (często nazywane też „śniegówkami”). Były to same metalowe płozy wyposażone w ruchome szczęki. Żabki to takie blaszki, które przykręcało się specjalnym kluczykiem bezpośrednio do podeszwy zwykłego trzewika. Żeby łyżwy trzymały się dobrze, but musiał mieć grubą, sztywną, skórzaną podeszwę. Jeśli podeszwa była zbyt miękka lub wyślizgana, „żabki” puszczały w najmniej odpowiednim momencie, co kończyło się bolesnym upadkiem. Kluczyk do dokręcania łyżew był najcenniejszym skarbem w kieszeni – często gubił się w śniegu, co oznaczało koniec zabawy.

Teraz coś o butach i skarpetach. Najpopularniejsze buty na zimę były wykonane ze skóry. Często ze świńskiej. Dzisiejsze membrany typu Gore-Tex to kosmos w porównaniu z tym, co nosiło się wtedy. Skóra, nawet smarowana pastą czy tłuszczem po godzinie na śniegu nasiąkała wodą. Gdy słońce zaczynało zachodzić, mokre buty sztywniały na kość. Nie były też zbyt ciepłe. Najlepszym sposobem na „ocieplenie” słabych butów była gazeta. Owijało się stopę w wełnianej skarpecie dodatkową warstwą Trybuny Ludu – papier świetnie izolował i wchłaniał wilgoć, dopóki sam nie przemiękł.


Sanki ze sklepu były też rzadkością. Większość dzieciaków śmigała na sprzęcie wykonanym przez ojca lub dziadka. Były to ciężkie, dębowe lub jesionowe sanie, często obite od spodu metalową taśmą (tzw. bednarką), żeby lepiej niosły na ujeżdżonym śniegu. Takie sanki ważyły tyle, że samo wciągnięcie ich na górkę było treningiem siłowym. Jeśli nie było sanek, zjeżdżało się na „byle czym”. Worki po nawozach wypchane słomą lub stare miednice. Zabawa kończyła się, gdy ubrania były tak oblodzone i sztywne, a rękawice z jednym palcem oblepione śnieżnymi kulkami, których nie dało się otrzepać. To był zapach wiejskiej zimy – mieszanka dymu, wilgoci i mroźnego powietrza przyniesionego na ubraniach do domu.

W tym całym zimowym znoju relacja z rodzicami i ich „tolerancja” miały zupełnie inny wymiar niż dzisiejsze bezstresowe wychowanie. Wyrozumiałość kończyła się tam, gdzie zaczynało się marnotrawstwo lub realne zagrożenie dla zdrowia i gospodarstwa. Rodzice rzadko przejmowali się tym, że dziecko wróciło z guzem na czole czy zdartym kolanem. Może to śmieszne dla współczesnego wychowania, ale prawdziwy gniew wywoływało zniszczenie ubrania niż siniaki. W czasach, gdy buty często dziedziczyło się po starszym rodzeństwie, zdarcie czubków na lodzie, albo pęknięta podeszwa to był prawdziwy problem. Najpierw sprawdzało się dzieci pod kątem strat materialnych, potem odmrożone uszy i siniaki. Nie zapomnę też tego, że nikt nie mógł iść na ślizgawkę czy sanki, dopóki nie wypełnił „zimowych obowiązków”. Trzeba było nanosić drewna i węgla do kuchni, przynieść wodę ze studni, czy pomóc przy obrządku. Wszystko miało również swoje granice. Rodzice mieli żelazną zasadę: dziecko musi być w domu przed zmrokiem. Zimą na wsi, gdzie nie było latarni, a jedyne światło biło z okien domów, zmrok zapadał szybko. Trzeba było wracać bezpiecznie. Mimo surowości, rodzice sami pamiętali swoją młodość. Często przymykali oko na różne harce i swawole dzieci. Rodzice doskonale wiedzieli, że ucząc dziecko rąbania drewna i wytrzymałości, przygotowują nas do twardego życia, które ich samych nie oszczędzało.

Niżej i powyżej zamieszczam kilkanaście zdjęć, które wykonałem w Lipie na przestrzeni wielu lat. W większości przedstawiają stare domy, często już nieistniejące, ale to po to, żeby wizualnie pokazać, jak wyglądała Lipa kiedyś i jakie były zimy. Są stare domy z drewna, rzeka Złodziejka z drewnianymi mostami, szkoła, las i nieczynna stacja PKP oraz mój młodszy brat Kazik.

Zapraszam do lektury i galerii zdjęć. Pozdrawiam serdecznie mieszkańców Lipy i wszystkich, którzy tu zaglądają.

Trochę dużo tego, ale wiecie jak cenne są wspomnienia.

Related posts

Leave a Comment