Image default
Historia regionu Osówek

Czesław Aleksak – Wspomnienia z lat młodości. Część 7

Tekst: Czesław Aleksak*

Matematyka i przygody z prądem elektrycznym

     W mojej szkole podstawowej, jeden z nauczycieli wywodzących się z miejscowej ludności, zwykł nas uczniów czasem przestrzegać przed ryzykownymi zachowaniami i na przykład mawiał, że tam gdzie dwóch się zakłada to jeden jest głupi, a drugi oszust. Nie lubiłem gry w karty ani żadnych zakładów. A jednak jeden się mi później nieopatrznie zdarzył na Śląsku.

Za moich czasów dyrektor szkoły górniczej, pan Jan P. w ostatnim roku uczył nas matematyki. Pomagał sobie przy tym tzw. “kapownikiem”, w którym miał zapisane zadania od razu z wynikami. Praktykował na nas tzw. zadania pamięciowe – trzeba było do podanego zadania ułożyć w pamięci równanie, wyliczyć i podać ostateczny wynik. Nie byłem w tym może najlepszy (dobrzy byli inni uczniowie jak np. Marian K. czy Zbyszek K.) ale u pana dyrektora miałem jakby autorytet i zawsze szukał u mnie, niby u lidera klasy, potwierdzenia pytając “prawda Aleksiak?” zniekształcając nieświadomie czy odruchowo moje nazwisko. Gdy odpowiedziałem “prawda, panie dyrektorze” już dyskusji żadnej nie było. Ale pewnego razu ktoś podał wynik inny, niż w kapowniku Pana Dyrektora, więc nastąpiła sugestia “mylisz się chłopcze, prawda Aleksiak?” na co z kolei ja odpowiedziałem: „chyba nieprawda bo i mnie tak wyszło”. Wtedy Dyrektor ostro “Chcesz się założyć, że to ja mam rację, a ty się też mylisz?” Nie lubię się zakładać – powiedziałem – ale jestem swojego pewien, panie dyrektorze. – „Jeżeli tak, to kładź 20 złotych i zakład stoi” – mówi Dyrektor.   Ja położyłem 50 złotych, bo tyle akurat miałem, wtedy pan dyrektor w geście pewności położył aż 100 złotych, na co kolega Stasio M. który miał w portfelu około 500 złotych, położył wszystko też na moją stronę. Wystraszyłem się tej sytuacji, bo przecież tego nie chciałem. Chcąc nie chcąc stanąłem przy tablicy z trzęsącymi się rękoma, bo sytuacja dla mnie była, jakby nie wziął, dyskomfortowa – i tak źle, i tak niedobrze. Gdy już byłem blisko rozwiązania pomyślnego dla mnie i wiadomego (bo wyszło że robotnik miał jednak stawkę 0,44 zł a nie 4,40 zł na godzinę pracy), wszystkim mówię: „o, tu w tym miejscu łatwo było się pomylić, bo tylko jakby przecinek się przesunął…” a na to dyrektor “no to w takim razie zakład nie rozstrzygnięty!” A wszyscy koledzy prawie chórem: – „jak to, uczciwie było! Należą mu się pieniądze!” Kolega Gucio Cz. mówi: – „Panie, forsę by miał na flaszkę!”  I w taki sposób straciłem autorytet u pana dyrektora – już więcej nie było “prawda, Aleksiak?

A jak to było jeszcze z prądem elektrycznym? Mnie jakoś parę razy poraził. A niektórzy mieli to szczęście czy dar, że ich nie “kopało”. Pamiętam moment na warsztatach przy panu Hinku, który coś spawał elektrycznie i miałem mu w rękawicach ochronnych coś przytrzymać – “kopało” mnie jak diabli, a taki starszy gość gołą ręką trzymał i twierdził, że nic nie czuje! W kopalni na dole był taki brygadzista czy instruktor, nazywał się Botorek. To był dobry, porządny człowiek, ale niektórzy uczniowie jak np. Stasio M. (przezywany przez dyrektora “Bój się boga M…“) robili mu kawały i udawali Inspektorów WUG, których pan Botorek strasznie się bał. Kiedyś szedłem za nim gęsiego, jak to było w zwyczaju i on potknął się o zwój poplątanego drutu, a ja za nim. Postanowiłem ten drut wrzucić gdzieś, żeby nie zawadzał i najprościej było wrzucić go do wózka, których rząd stał na torze. Postanowiłem to zrobić, ale podczas wrzucania jakoś zahaczyłem niechcący o przewód trakcyjny, no i oczywiście nastąpił błysk, trzask i uderzenie za kolanami. Padłem “na zolę” ale szybko się podniosłem ze strachu. Pan Botorek pyta się: – „jeronie, synek! Stało sie ci co?” A ja mówię: – „nie, nic, tylko coś tak trzasnęło…” Później jeszcze, stojąc pod linią trakcyjną, spocony, nieopatrznie zdejmując kask, nasadą dłoni też dotknąłem linii trakcyjnej. Sny miałem potem tragiczne – śniło mi się, że prąd mną trzęsie i budziłem się spocony ale szczęśliwy, że to był tylko sen! A pewien starszy górnik w kopalni na dole, demonstrował trzymając gołą ręką przewód trakcyjny, że nic się z nim nie dzieje. Znawcy twierdzili, że chorym na reumatyzm to prąd nic nie robi. Nie mogłem w to uwierzyć…

W domu rodzinnym nie było prądu elektrycznego, więc nie doświadczyłem obycia z nim, a teraz przez brak rozsądku doświadczyłem tego zbyt przesadnie.

Nie zakocham się…

     Wracając jeszcze do konkursu recytatorskiego, to jako zwycięzca eliminacji powiatowych, miałem prawo uczestniczyć w eliminacjach wojewódzkich, co też odbyło się późną wiosną w Katowicach. Wraz ze mną brały udział dwie koleżanki, które zajęły wtedy kolejno drugie i trzecie miejsce, no i teraz pod opieką pani z powiatowego urzędu (wydziału kultury) jechaliśmy wszyscy pociągiem, by dalej się zaprezentować recytatorsko. Nie pamiętam dokładnie jaki był efekt, ale zwycięzcą z naszej grupy nikt nie został – zdaje się, że zostaliśmy ocenieni grupowo na poziomie trzeciego miejsca w grupie młodzieży szkolnej, z czego nasza opiekunka była zadowolona bardziej niż my. Dziewczyny z którymi startowałem, to jeżeli dobrze pamiętam Elżbieta J. i Anita F., bardzo miłe, sympatyczne i inteligentne koleżanki z “ogólniaka” (jeśli dobrze pamiętam).
Ale przedtem była też inna koleżanka, która z nami startowała i nie odniosła sukcesu, za to była, jak na mój i chyba wszystkich moich kolegów gust, bardzo piękna. Wzrost miała mały, ale dobre proporcje i urodziwa twarzyczka, do tego zgrabne ruchy powodowały, że zachwyt budziła u wszystkich chłopców. Gdy z nią startowałem w konkursie, ona również długo czekała na swój występ, więc była okazja, by zamienić parę słów i co tu dużo mówić… oczarowała mnie! Ale to mi przeszło prawie z ogłoszeniem wyników konkursu i nasze drogi jakby się rozeszły. Co prawda spotkaliśmy się dwa czy trzy razy w Rybniku, bo tam chyba mieszkała i uczęszczała do jakiejś szkoły, ale zrezygnowałem z dalszych spotkań zdając sobie sprawę, że wiele jeszcze przede mną – dziewczyna ma zbyt wielu adoratorów, gdy ja nie mam czasu by stale jej towarzyszyć i przed adoratorami chronić ją dla siebie (co było też wątpliwe, by moja “opieka” w ogóle mogła być skuteczna).

Zdarzyło się jednak, że w następnym roku szkolnym moja szkoła brała udział w konkursie, albo raczej w powiatowym przeglądzie szkolnych zespołów artystycznych, który odbywał się w Rybniku, w auli Technikum Górniczego (jeśli dobrze pamiętam). Dokładnie programu naszego występu nie pamiętam – zdaje się, że tam było wszystko: muzyka, śpiew chóralny, taniec, monologi żartobliwe i recytacje, a ja miałem to prowadzić jako konferansjer. Pierwszy raz byłem w takiej roli i miałem trochę tremy, ale podobno poradziłem sobie świetnie. Miało to dla mnie tę mniej czy więcej ważną stronę, że występowałem częściej, ale krócej w porównaniu do występów moich kolegów, a przez to chyba byłem łatwiej zauważalny. A byłem inaczej ubrany niż moi koledzy, którzy z reguły musieli mieć mundury szkolne (służbowe lub galowe), podczas gdy ja miałem pożyczoną, modną jak na ten czas marynarkę w biało-brązową “kaszkę” (tzw. samodziałówkę) i ciemne spodnie, co łatwo rzucało się w oczy. Przez to (jak mniemam) zostałem zauważony przez “moją piękność”, która wtedy tam akurat była – to ona rozpoznała mnie pierwsza i podeszła, żeby po zakończonym programie mojego zespołu przywitać się ze mną. I znów mi serce mocniej zabiło, znów się skusiłem dwa razy (chyba) żeby się spotkać, by potem znów zrezygnować ze spotkań, przedkładając racjonalność nad nierealną miłość – kończyłem zasadniczą szkołę i wybierałem się do technikum górniczego, więc nie będę miał czasu!

Potem gdy już byłem w owym technikum i mieszkałem w internacie, znów ujrzałem (tym razem ja zauważyłem ją pierwszy… i tylko ja) “moją piękność”, lecz tylu przystojnych chłopców było przy niej, że nie próbowałem nawet się ujawnić. Było to słuszne, bo jak się później okazało mój pobyt w technikum z przyczyn niezależnych ode mnie, skrócił się do trzech tygodni i musiałem Rybnik opuścić.

Zakończenie nauki w szkole górniczej

     Przyszedł ten czas, gdy trzeba było wybrać: pracę, lub dalszą naukę w dziennym 3-letnim technikum górniczym. W Rybniku utworzono w tamtejszym Technikum Górniczym nowy kierunek kształcenia, to jest przygotowanie do budowy nowych kopalń. Z Rydułtów postanowiło startować tam na egzaminie kwalifikacyjnym łącznie ze mną kilkunastu kolegów (najwięcej z tej szkoły) i wszyscy egzamin zaliczyli. Jeszcze wakacje dwa miesiące i od września czekała nas dalsza nauka.  Ale przedtem było jeszcze kilka pięknych okazji by pożegnać się z miejscem, w którym przez trzy lata dorastało się i szlifowało charakter. Egzamin końcowy w szkole wszystkim uczniom zaliczono i pozostał do urządzenia bal pożegnalny tzw. komers, z udziałem nauczycieli, władz szkolnych i przedstawicieli komitetu rodzicielskiego oraz kopalni, która w serdecznym geście zafundowała nam do tańca swoją dętą orkiestrę górniczą. Górnicy pięknie grali ale my, chłopcy, nasiąknięci już muzyką jazzową i wpływami zachodu, zamówiliśmy sobie młodzieżową orkiestrę i grały dwie na przemian, co okazało się pomysłem bardzo udanym dla wszystkich uczestniczących w balu. Dodać trzeba, że na tę okazję zaproszono dziewczyny ze szkoły gastronomicznej z Rybnika, a także miejscowe z tutejszego liceum ogólnokształcącego.

Bal był udany i niepowtarzalny w swojej atmosferze. Wszyscy byli uśmiechnięci i jakby naturalnie szczęśliwi z tego wydarzenia. Nie było żadnego pijaństwa, choć były toasty i chwile serdecznych wzruszeń. Chyba każdy zachował się przyzwoicie i godnie, z czego my, już absolwenci szkoły, byliśmy bardzo dumni. Rano gromadnie odprowadziliśmy nasze przemiłe koleżanki z Rybnika z ich opiekunką na dworzec kolejowy. Było trochę zabawnie, bo ja i Marian W. szliśmy po prostu boso, trzymając nasze buty w ręku. Było bardzo ciepło a po tych tańcach nogi chciały po prostu odpocząć, albo zażyć jakiegoś relaksu.

Bywaliśmy też, jako zaproszeni, na innych balach szkolnych. Wszędzie było uroczyście i miło. Oto okazało się, że nasza szkoła ma całkiem fajnych i kulturalnych młodzieńców. I nic dziwnego, bo gdzie jakieś okolicznościowe akademie, to nasi chłopcy też tam byli – śpiewali, grali, tańczyli i akrobacje gimnastyczne też czasem czynili.

Po tych wszystkich przedwakacyjnych imprezach udałem się do rodzinnego domu, żeby znów zażyć leśnych i wiejskich rozkoszy, nacieszyć się rodzeństwem  i towarzystwem gospodarskich zwierząt. Najbardziej lubiłem letnie wieczory na progu domu. Z pobliskiego stawu dochodził taki koncert żabi, że chciało się słuchać tego, niby dźwięków pochodzących od jakichś stworzeń z tropikalnego lasu. Do tego wieczorem latały nietoperze i lelki, zawzięcie łowiące komary czy inne owady. Wszystko tu żyło prawie tak, jakby człowieka nie było.
Chodziłem oczywiście na wiejskie zabawy. Nie byłem jeszcze dorosłym ale ogólnie uważano mnie już za odpowiedzialnego, że prawie już dorosłego. Dla rodzeństwa już byłem autorytetem, bo uczyłem się dobrze i szedłem drogą nauki do celu jaki sobie założyłem: zdobyć wykształcenie, pozwalające mi na życie w miarę bezpieczne i z satysfakcją zawodową.

We wrześniu stawiłem się w Technikum Górniczym w Rybniku i zająłem przyznane miejsce w internacie. Kierownik internatu to miły pan, uważnie nas obserwujący i szczery, odnoszący się do nas bardzo życzliwie. Zaś w życiu szkolnym uczestniczyłem zaledwie trzy tygodnie. Wyszły jakieś nowe przepisy co do kwalifikacji zdrowotnych górników no i po badaniach lekarskich okazało się że prace dołowe powinny być mi zabronione. Z tej to przyczyny zostałem skreślony z listy uczniów, choć już zdążyłem zdobyć parę piątek.  I co tu teraz zrobić? Miałem niespełna siedemnaście lat i tylko mogłem pracować na powierzchni kopalni, gdzie wynagrodzenie było nieciekawe. A z nauką co? Uczyć się wieczorowo w liceum? Nie, to nieracjonalne, bo nie ma się dalej zawodu. Trzeba rozwiązać umowę z kopalnią i szukać innej pracy lub szkoły. Tak uczyniłem. Pojechałem do dyrekcji Kopalni Rydułtowy, gdzie obowiązującą umowę “odpracowania nauki” życzliwie mi anulowano i już mogłem swobodnie dalej o sobie decydować. Absolutnie nie chciałem wracać do Osówka i zdecydowałem, że będę konsekwentnie szukał jakiegoś nowego miejsca dla siebie.

CDN

Czesław Aleksak – urodził się 9 listopada 1944 roku we wsi Osówek, powiat Janów Lubelski. Do lat 14-tu wychował się na wsi. Potem w 1958 r. wyjechał na Górny Śląsk żeby uczyć się zawodu górnika a później stolarza. W 1963 r. zaczął tam pracę w hucie jako modelarz, lecz start zakłóciła wirusowa choroba. Za namową szkolnego kolegi i urzeczony romantyką morza, jesienią 1963 r. wyjechał do Gdyni, gdzie udało się mu podjąć pracę w stoczni. Tu zdobył maturę i ożenił się dwukrotnie. Pracował w różnych zawodach, czerpiąc z nich życiowe doświadczenie. Ma dwóch synów, dwie córki i dwóch wnuków. Jest szczęśliwym dziadkiem, który lubi wracać do wspomnień oraz czytać i pisać wiersze. Marzeń ma chyba tyle co lat, ale ich nie liczy. Wierzy, że szczęście jest blisko, prawie na każdym kroku. Kocha rodzinę, miejsce urodzenia, Gdynię, przyrodę i poetyckie klimaty.

Related posts

Leave a Comment