Image default

Fragment książki Stanisława Puchalskiego „Partyzanci „Ojca Jana””.

Relacja Antoniego Nowosada „Murzyna” z oddziału NOW-AK „Ojca Jana”:

„Byłem w odwodzie przy sztabie zgrupowania partyzanckiego. Mijały kwadranse. Czas biegł coraz szybciej! Czekałem kiedy nastąpi atak… Gdzieś chyba około 6-tej usłyszałem dalekie serie huków przypominających odkorkowanie gigantycznych butelek. Począł narastać z nieba gwizd, który, wydawało mi się – zbliżał się prosto na mnie!… To niemieckie moździerze i artyleria rozpoczęły swój koncert. Za chwilę ciężko jęknęła ziemia i dygotać zaczęła rwana na strzępy. Powietrze wirowało od gwizdu i szumu pocisków… Ze szkolenia artyleryjskiego  w podchorążówce wiedziałem, że jest to „nawała ogniowa”. Na stanowiska nasze zwaliły się tony stali, buchając gejzerami piasku, darni, odłamków druzgotanych drzew.

Nawała, rolująca nasze stanowiska we wszystkich kierunkach, trwała dość długo – wydawało mi się, że trwała prawie dwie godziny. Przywarci do ścian okopów, zasypywani co chwile ziemią – trwaliśmy i czuwali… I dziwna rzecz. Po chwili oswoiłem się z tym wszystkim widząc, że ten huk, potęgowany echem leśnym nie jest groźny… tak jak ja, odczuwali to moi koledzy w okopach. Partyzanci zdali egzamin z hartu ducha i wysokiego morale… Wróg zapewne sądził, że po tak druzgocącym ogniowym przygotowaniu, jednym uderzeniem zetrze wszystkie oddziały w proch. Ruszyło pierwsze hitlerowskie natarcie. Niemcy półpijani, z zawiniętymi rękawami, jak rzeźnicy, szli gęstymi tyralierami pewni zwycięstwa.

Uderzenie niemieckie, złożone z kilku linii zaprawionych w bojach żołdaków, do tego upojonych wódką, jest potężne, następuje pierwsze włamanie w pozycie partyzanckie na styku I Brygady Armii Ludowej i Brygady Wandy Wasilewskiej. Lecz dowództwo czuwa i do kontruderzenia rusza grupa szturmowa por. „Przepiórki”. Wspaniałym atakiem wyrzuca ona nieprzyjaciela. Niemcy cofając się na pozycje wyjściowe, zostawiają na placu boju wielu zabitych.

I znowu nawała artyleryjska i znów natarcie Niemców… Osnuty czarnymi wstęgami dymów, rozjaśniany błyskawicami rozrywanych pocisków artyleryjskich, krwawymi płomieniami zaczyna palić się las… wykwitają gejzery wybuchów… nasze stanowiska milczą… Wtuleni w okopy trwamy… Wreszcie przycicha ogień artyleryjski i moździerzowy. Po chwili ponownie rusza na  nas niemiecka i kałmucka piechota tyralierą… Podpuszczając na bliską odległość, wychylamy gałązkami choiny i traw przystrojone głowy z okopów, witamy skutecznym ogniem „nieproszonych gości”. Którzy zostawiając zabitych i rannych kameradów, wycofują się. I znów natarcie załamało się!

Nastąpiła cisza, a za chwilę znów odezwał się zgiełk bitewny. Po paru minutach wymiany ognia z obu stron usłyszałem jęk motorów. Poznałem, to „Stukasy”! Dym przesłaniał ich srebrzyste sylwetki. Gdzieniegdzie tylko zdążono rozrzucić białe płachty, gdy spadły pierwsze bomby. I znów ziemia zajęczała! Nad lassem wyrósł świeży pióropusz dymu… kiedy zatoczywszy krąg – samoloty zbliżały się do nowego ataku, przywitały go zewsząd białe rakiety. Strzelali Niemcy, by wskazać lotnikom właściwy cel, a z naszych pozycji strzelano, by zmylić Niemców. Znając umowne sygnały wroga [ze zdobytego dzień wcześniej niemieckiego rozkazu], mogliśmy w ten sposób wprowadzić lotników dziewięciu maszyn w błąd. Niecelnie zrzucane bomby na odcinku mjra Czepigi wywołały ze strony niemieckiej, serię rakiet czerwonych, oznaczających, że bombardowali własne pozycje.

Nowy krąg samolotów i nowy fajerwerk rakiet opadający we wszystkich kierunkach… Tym razem żaden z pilotów nie odważył się zrzucić śmiercionośnego ładunku. Odlecieli niebawem nie wypełniając zadania! Mijały kwadranse… Ataki hitlerowców za wszystkich odcinkach były odpierane. Ponosili przy tym znaczne straty w zabitych i rannych.”

Na zdjęciu partyzanci „Ojca Jana”. Od lewej: Stanisław Bogacz „Bocian”, NN „Rzeżucha”, Kazimierz Gajda „Orlę”, NN „Filozof”, NN „Albin”, klęczy autor wspomnienia Antoni Nowosad „Murzyn”:

Related posts

Leave a Comment