Image default

Miedzy Hutą Podgórną (gm. Harasiuki) a Kiszkami (gm. Janów Lubelski) znajduje się leśne ogromne bagno o nazwie Błogie. Podczas wojny na tych bagnach znajdowali swoje schronienie mieszkańcy okolicznych wsi, kiedy chcieli przeczekać straszny czas pacyfikacji czy wzmożonej aktywności Niemców. Ukrywali się tu również partyzanci.

Na bagnie tym znajdują się miejsca ciężko dostępne, gdzie można było przeczekać kilka dni wojennej zawieruchy. Jednak jedno miejsce jest szczególne. Pośrodku bagien znajduje się wyniesienie o wymiarach 80×80 m gdzie jest sucho i przyjemnie. To miejsce było schronieniem dla wielu ludzi. To tutaj po bitwie i po wyjściu z okrążenia na Porytowym Wzgórzu ukrywał się w czerwcu 1944 r. ze swoim oddziałem NOW-AK “Ojca Jana” ppor. Bolesław “Usow” Konar. Przeczekał tutaj szczęśliwie akcję przeciwpartyzancką Sturmwind II.

O pobycie oddziału ‘Konara” w tym miejscu i okolicznościach z tym związanych pisałem dawniej w tym artykule. Natomiast poniżej przytoczę wspomnienie pobytu na wyspie Stanisława Puchalskiego, które zawarł w swojej książce “Partyzanci “Ojca Jana”” (Stalowa Wola, 1996):

“Podążaliśmy lasem w kierunku wyspy. W drodze natknęliśmy się na pusty wóz po pomost ugrzęźnięty w bagnie, obok martwy dobity koń, z nogami w trzęsawisku, jakby się opierał brzuchem o nie. (…)
Po zbutwiałych od starości żerdziach, rzuconych przed laty na mokradła, dotarliśmy na nieco wyżej położony grunt, porośnięty różnej wysokości i rożnych gatunków, drzewami. Górowały nad nimi rzadko stojące wiekowe świerki, pod którymi mimo padającej mżawki było sucho.
Rozlokowaliśmy się pod drzewami, gdzie komu było wygodniej. Odpoczywaliśmy po nieprzespanej którejś nocy, tak przecież nerwowej. W innych okolicznościach zapalilibyśmy ogniska. Tym razem “Konar” wydał ostry zakaz w obawie przed nieprzyjacielskimi samolotami.
(…)

Głodni, przypomnieli sobie, o napotkanym po drodze leżącym w bagnie koniu. Co śmielsi i odważniejsi wybrali się po niego. Przynieśli kawał czerwonego mięsa z pośladka. Pocięte na drobne kawałki, jedni zjadali na surowo, inni bardziej wybredni, podgrzewali nad mini ognikami i takie pół surowe zjadali. Ja z takiego tatarskiego dania nie skorzystałem.
Nadeszła noc. Warty wyznaczone. Na nasze szczęście pogoda nieco się poprawiła, przestało mżyć. Pokładaliśmy się przytuleni do siebie pod drzewami, pod którymi ziemia była sucha i dawała w tych warunkach minimum komfortu. Ot, taka partyzancka sypialnia.
(…)
Najważniejsza sprawa w pierwszych dniach po wyjściu z okrążenia był problem żywności. W początkowym okresie jedynym pożywieniem było mięso z zatopionego w bagnie konia, które w pierwszym dniu zaczęli jeść najmniej wybredni, czy najbardziej głodni koledzy. “Konar” nie widząc innych możliwości zaspokojenia głodu kilkudziesięciu osób następnego dnia rozkazał konia poćwiartować i przenieść na wyspę. Nastąpiła planowa reglamentacja mięsa. Spożywane było na surowo, przyprawiane przez każdego przypiekaniem nad mini ogniem (…). Nadal nie wolno było palić ognisk, w obawie zdradzenia się przed grasującymi wokół Kałmukami. Tylko potworny głód zmuszał do zjedzenia takiej “wykwintnej” potrawy bez odrobiny soli i kawałka chleba. Skończyła się konina. Nie było możliwości dostarczenia jakiejkolwiek żywności z placówek terenowych.
Usprawiedliwiało to decyzję “Konara” o udzielaniu urlopów. Pierwsi z “Bolesławem” skorzystaliśmy z tej możliwości.”

Related posts

Leave a Comment